Po zjedzeniu pierwszej partii, panowie wyskoczyli do strumyczka i symbolicznie przemyli kociołek, a po ich powrocie cykl grzaniec - gulasz został powtórzony. Nie wiem jak innym, ale mnie zupełnie nie przeszkadzał fakt, że z braku soli (moja wina) nadużywaliśmy ostrej papryki, wychodząc według mnie z naprawdę słusznego założenia, że jak będzie ostre, to prawdopodobnie nie będzie niesłone.

Od autora: O naszym prywatnym kociołku i jego pochodzeniu można znaleźć więcej informacji przeglądając opis "Wyprawy listopadowej", ponieważ podczas tejże właśnie kociołek został powołany do życia.


Pieniny grudzien 2008
Na koniec trochę fotek ilustrujących bacówkowo-gulaszowy epizod.

Krótka historia z bacówką w tle
...tak to było w bacówce (fot. Damian, ja)

...a potem... hmmm...no jakoś musieliśmy wrócić do schroniska...tak...na pewno, no bo przecież...bo...

...bo potem była niedziela... (ha! i kto nie ulegnie sile takiej argumentacji?)


kliknij i wróć str 1    2    3    4    5    6    7    8    9    10 kliknij i czytnij