Po zjedzeniu pierwszej partii, panowie wyskoczyli do strumyczka i symbolicznie przemyli kociołek, a po ich powrocie cykl grzaniec - gulasz został powtórzony. Nie wiem jak innym, ale mnie zupełnie nie przeszkadzał fakt, że z braku soli (moja wina) nadużywaliśmy ostrej papryki, wychodząc według mnie z naprawdę słusznego założenia, że jak będzie ostre, to prawdopodobnie nie będzie niesłone.
Od autora: O naszym prywatnym kociołku i jego pochodzeniu można znaleźć więcej informacji przeglądając opis "Wyprawy listopadowej", ponieważ podczas tejże właśnie kociołek został powołany do życia.
|
|
Na koniec trochę fotek ilustrujących bacówkowo-gulaszowy epizod.

...tak to było w bacówce (fot. Damian, ja)
|
...a potem... hmmm...no jakoś musieliśmy wrócić do schroniska...tak...na pewno, no bo przecież...bo...
...bo potem była niedziela... (ha! i kto nie ulegnie sile takiej argumentacji?)