|
...zakupy...     Na zakupy pojechali¶my do sprawdzonego już w różnych sytuacjach sklepu, którego nazwa kończy się na "co". Tak, tak - nie lubimy, ale dla zaoszczędzenia czasu jeĽdzimy wła¶nie tam, bo w zasadzie jest to najprostszy sposób na kupienie talerzy zjazdowych (sztuk dwie) oraz: ziemniaków, cebuli, suszonej papryki (ostrej i słodkiej), salami i kiełbasy, a do tego: zupek chińskich, gor±cych kubeniów i o czym tam sobie jeszcze przypomnieli¶my. Żeby prawdy historycznej nie wymemłać (mmł±ć? ja memłam, ty mem...), uczciwie przyznam, że kupili¶my również 6 win fabrycznie przystosowanych do podgrzania. |
|
|
    Nastał pi±tek 12.12.2008. Jak przystało na włóczęgów, globtroterów i innych, którzy gardz± cał± cywilizacj± i jej wszystkimi systemami od feudalnego do kapitalistycznego, zbiórkę zorganizowali¶my w pracy. Trzeba było pocztę sprawdzić i takie tam. No.. niektórzy musieli jeszcze umyć kubek... . W każdym razie jako¶ się zebrali¶my, ustalili¶my z reszt± ekipy szczegóły spotkania (czyli, że nic nie ustalamy - będziemy dzwonić), następnie wskoczyli¶my do kopytkowoza i pomnknęli¶my na spotkanie z przygod±.     Na miejsce dotarli¶my przed 11 (rano). Trzeba było gdzie¶ zostawić samochód, bo do schroniska dojazdu nie ma (chociaż założę się, że jaki¶ cwaniaczek czterema kołami już tam był). Uznali¶my, że polanka tuż przy zakazie wjazdu nadaje się wy¶mienicie do naszych celów (fot.), zaparkowali¶my, zabrali¶my plecaki i pomnkęli¶my do góry. Jedzonko i elementy powi±zane postanowili¶my zabrać wieczorem, razem z drug± czę¶ci± ekipy. |
| kliknij i wróć | str 1   2   3    4    5    6    7    8    9    10 | kliknij i czytnij |